









Bo starym zabytkowym cmentarzom z pięknymi nagrobkami dorównują te małe wiejskie zagubione pośród pól...
Nie jestem fotografem, nie dysponuję super sprzętem, ale lubię robić zdjęcia miastu, które znam od urodzenia i które nieustannie mnie zaskakuje i zachwyca. Czym? To właśnie chciałabym czasem pokazać na tym blogu...
Odbyłam dziś wizytę u dentystki - pierwszą u tej pani, zapoznawczą taką i było całkiem miło. Jako że od dawna nie mogłam dotrzeć do mojej poprzedniej dentystki na drugi koniec miasta, znaleziono mi panią w pobliżu miejsca pracy, zarejestrowano i wysłano po tejże.
Po wizycie uciekł mi autobus do domu - dosłownie o włos się spóźniłam. Na szczęście na następny trzeba było poczekać tylko 18 minut, a pogoda była przecudna, wiec wyciągnęłam z torby aparat i zabawiłam się w postimpresjonistkę;)


Wiem, dawno mnie tu nie było i pewnie przez czas jakiś jeszcze rzadko będę, ale jestem;) I tym, którzy wietrzą jakoweś tragiczne uzależnienia od wirtualnego świata, spieszę donieść, że nie ma się czym martwić - to tylko realny świat wokół mnie wpadł w jakiś chwilowy obłęd i żyć prawie nie daje...
Trwa druga edycja zainicjowanego rok temu w województwie kujawsko-pomorskim mobilnego festiwalu Tour de Carillon, który promuje kandydaturę Torunia w rywalizacji o tytuł Europejskiej Stolicy Kultury 2016. Tym razem poszczególne koncerty odbywają się w miastach położonych wzdłuż Wisły - od Beskidów aż po Bałtyk. Jeden z koncertów głównych odbył się dziś na toruńskim Starym Rynku.
Ponoć w ubiegłym roku praski carillon był znacznie większy (koncerty odbywały się tylko w naszym województwie), ale ten francuski ma znacznie dłuższą drogę do przebycia. Zaledwie 4-letni, mobilny carillon z Douai umieszczony jest na solowej przyczepie ciągniętej jest przez efektowną, białą ciężarówkę. Posiada on 53, sterowane klawiaturą, dzwony o łącznej masie 4045 kg. Trzy największe dzwony, o łącznej masie 1430 kg, mogą być kołysane przy pomocy liny, tak jak tradycyjne dzwony kościelne. Mają one po dwa serca, jedno w środku, bijące podczas kołysania, i drugie na zewnątrz, sterowane z klawiatury, uderzające w nieruchomy dzwon podczas koncertów.
Zbudowany z dzwonów wieżowych carillon jest najpotężniejszym z instrumentów - dźwięki wydobywa się z niego uderzeniami młotków lub samych serc dzwonów wykonywanymi przy użyciu specjalnej klawiatury. Solistką na zdjęciu jest Monika Kaźmierczak z Gdańska.





Dopiero po wielu latach doceniłam swoisty urok tego terenu, który przecież był mi dobrze znany jeszcze z własnych czasów szkolnych (wtedy było to Liceum Wojskowe) - jednym z ulubionych miejsc uczestników obozu były schody do hali sportowej, gdzie odbywały się niektóre zajęcia, przesiadywało się w czasie wolnym i niejednokrotnie ulegało głupawce;) Właśnie stąd miało się najlepsze widoki na wszystko.
Polscy uczestnicy z całego kraju i amerykańscy nauczyciele oraz asystenci chętnie wybierali się na toruńską starówkę, którą byli oczarowani o każdej porze dnia i nocy. Nie ukrywam, że te wszystkie komplementy pod adresem miasta lały się jak miód na moje serce;)





Nie tylko nauka i nie tylko rozrywka... 4 lipca obozowicze i amerykańscy goście wzięli udział w uroczystości patriotycznej na Barbarce (miejscu masowych mordów na mieszkańcach Torunia dokonywanych w czasie okupacji niemieckiej). Zasadzono tu też Drzewko Pamięci, które ma upamiętniać przyjaźń polsko- amerykańską.

W tym samym dniu zwiedziliśmy także toruński Fort IV, a potem uczestniczyliśmy w imprezie pt. "Razem w NATO", którą uczczono amerykańskie święto narodowe - Dzień Niepodległości.



Rozwijaliśmy się też kulturalnie - chętni wybrali się na dziedziniec ratusza na koncert Lory Szafran i Bogdana Hołowni, który otwierał Artus Jazz Festival (to nie był jedyny koncert dostępny dla nas - przedstawiciele byli na jeszcze jednym koncercie jazzowym i na pieśniach Bułata Okudżawy).
Prawdopodobnie po raz pierwszy ulicami miasta przeszła parada halloweenowa - a już na pewno pierwszy raz miało to miejsce w lipcu;) Tego wyjścia na zewnątrz nie było w planach, zrodziło się spontanicznie wśród uczestników - jak wiele innych ciekawych inicjatyw.
Wybraliśmy się też m.in. do nowo otwartego Centrum Sztuki Współczesnej.
Hm... po chwili dowiedziałam się, że nie wolno robić zdjęć w środku;)
Po kontakcie z kulturą wysoką zbliżyliśmy się do korzeni i odwiedziliśmy ogród zoobotaniczny w Toruniu - kontakt ze zwierzętami i roślinami wpłynął kojąco na naszych obozowiczów, ale też był inspirujący...
Chyba jasne, które zwierzęta najbardziej spodobały się chłopakom;)
No i nie da się ukryć, że wiele wypraw do miasta odbywało się szlakami toruńskiej gastronomii - myślę, że niektóre lokale nieźle zarobiły w tym czasie (na pewno Pierogarnia Stary Toruń, Metropolis, lodziarnia u Lenkiewicza...)
...i Cafe Relax - tu ściągały na lody tabuny tak Polaków, jak Amerykanów;)
Ciężko było się żegnać - wiele fajnych rzeczy tu i w tym okresie się wydarzyło, wiele wspomnień pozostanie na długo... Oczywiście ta krótka fotorelacja jest jedynie ułamkiem z życia obozowego, ale na więcej to ani pora, ani miejsce.
A na koniec spalono uroczyście Malbork;)
Jeśli ktoś chciałby bardziej zgłębić tajniki tego obozu, to odsyłam pod adres oficjalnego bloga Unesco English Camp Toruń 2008.